Dziś jest , imieniny obchodzą:

Siedem lat, czyli czy na prawdziwy romans nigdy nie jest za późno?

Były czerwone róże, czekoladki, drinki o północy… Urządziliśmy sobie wspólną kąpiel w wannie pełnej piany, przy muzyce Barry’ego White’a i blasku świec o zapachu dzikiej orchidei. Śmialiśmy się jak para podlotków, gdy nie mogliśmy się do tej wanny razem zmieścić. Chroniliśmy się przed chłodem zimy w swych objęciach, grzejąc stopy w cieple kominka. Zjedliśmy resztki kolacji właśnie tam, na ziemi, pijani szczęściem i spragnieni swoich ciał. Tak, to były najlepsze Walentynki jakie pamiętam… szkoda tylko, że nie było przy tym mojego męża...

 

Chyba powinnam cofnąć się trochę w czasie i wytłumaczyć parę kwestii. Mój mąż pracuje w firmie przewozowej i jego praca sprawia, że często go nie ma w domu. Postawił tę kwestię jasno już na samym początku, gdy się zaręczyliśmy: praca jest dla niego ważna, a ta wymaga jego długich nieobecności w domu. Był bardzo bezpośredni jeśli chodzi o fakt, że większość nocy spędzi nie w małżeńskim łożu, a gdzie indziej. – Nic na to nie poradzę. Tak już po prostu jest – powiedział. Gdy teraz na to spojrzę, staje się jasne, że nawet nie było mu z tego powodu przykro. To powinna być zresztą pierwsza wskazówka, że coś jest nie tak.

 

Och, nasze małżeństwo było z początku cudowne. Pomimo trudnej pracy, zawsze dzwonił do mnie wieczorem, gdy był w trasie, i szeptaliśmy sobie do słuchawki czułe słówka – czasem i do rana, jak to często bywa z nowożeńcami. Zwykle przywoził mi z zagranicy różne prezenty. Jeden z nich, przepiękna, pełna magii śnieżna kula z Rosji, nadal stoi na mojej półce.

 

Jednak ten miesiąc miodowy nie trwał wiecznie. Z czasem było coraz mniej prezentów i telefonów. Aż w końcu znikły prawie zupełnie. Nawet w domu ze sobą za wiele nie rozmawialiśmy: „Jak tam podróż?” „Długa”. „Jak Ci minął dzień?” „Eh, Stasiek się schlał i zarzygał całą kabinę. Musiałem sprzątać te jego wymiociny dobrą godzinę”. Wymiociny. To właśnie one zaczęły przychodzić mi na myśl, gdy myślałam o naszym małżeństwie. …i wtedy właśnie poznałam Arka.

Oddalałam się od swego męża coraz bardziej, aż kiedyś, gdy nie było go w domu już ponad tydzień, po wypiciu lampki wina, postanowiłam dla zabawy poprzeglądać strony z ofertami towarzyskimi. Podczas tego surfowania po Internecie, znalazłam stronę, która reklamowała się hasłem „Gdy monogamia staje się monotonią”. Z ciekawości zarejestrowałam tam swój profil. Wcale nie chciałam nikogo poznać, OK? Nie chciałam zostać jedną z tych znudzonych, zaniedbywanych żon, które wodzą na pokuszenie hydraulików czy – w przypadku bardziej majętnych – wdają się w romans z ogrodnikiem. Po prostu chciałam zobaczyć, na czym to wszystko polega. Tyle się teraz mówi o poznawaniu ludzi przez Internet, a ja nigdy tego wcześniej nie robiłam! Od naszego ślubu minęło parę lat, ale spędzając każdy kolejny dzień sama, wpatrując się w milczący telefon i rosyjską kulę śnieżną, czułam się, jakby minęło już kilkaset.

 

Siedem lat to dużo, by być samą – teraz zaczynam rozumieć „fenomen roku siódmego”. Arka poznałam, gdy ten odezwał się do mnie po zobaczeniu mojego profilu. Był uroczy, interesujący, a co może i najważniejsze – był zainteresowany MNĄ. Spędzaliśmy długie godziny, wysyłając sobie wiadomości. Rozmawialiśmy o filmach i muzyce, a on nigdy nie wyśmiewał moich opinii czy gustów, nigdy też nie próbował zgrywać eksperta. Zadawał pytania dotyczące mego życia i naprawdę wydawał się zaciekawiony moimi odpowiedziami. Nawet nie możecie sobie wyobrazić, jak cudownie jest czuć się CHCIANYM, mieć kogoś, kto naprawdę SŁUCHA, gdy spędziło się siedem lat, będąc zaniedbywaną przez osobę, która miała być tą jedyną.

 

Arek mieszkał w Amsterdamie, więc z czasem postanowiliśmy, że spotkamy się twarzą w twarz. Byłam trochę nerwowa, gdyż moje zdjęcie profilowe niekoniecznie było najświeższe. Tak naprawdę było zrobione dwa lata temu. Może nawet trochę pobawiłam się nim w Photoshopie… W swojej obronie mogę jedynie powiedzieć, że naprawdę ciężko jest zrobić sobie samemu dobre zdjęcie. Spotkaliśmy się w kafejce w centrum miasta. No wiecie, w razie gdyby okazał się maniakiem z siekierą lub seryjnym uwodzicielem, który lubi ulepszać swe dwuletnie zdjęcia w Photoshopie. Przybyłam na miejsce 10 minut przed czasem, mając nadzieję, że uda mi się go zobaczyć, zanim on zobaczy mnie. Uzgodniliśmy, że oboje założymy czerwone szaliki – ciepły początek stycznia sprawił, że nie był to najczęstszy widok na ulicy. Gdy zobaczyłam przy barze mężczyznę w czerwonym szaliku, pomyślałam przez chwilę, że ktoś postanowił sobie ze mnie zakpić.

 

Arek był po prostu CUDOWNY! Ciacho znacznie większe, niż mogłoby sugerować jego zdjęcie profilowe. Myślę, że musiał specjalnie starać się wyjść na zdjęciu jak najgorzej, bo to chyba jedyny sposób, by tak gorący dar niebios mógł wyjść jak zwykły szaraczek. Miał ciemne, nieco kręcone włosy, szare, nieposkromione oczy i lekki zarost. Miał na sobie ciemny sweter, którego rękawy podciągnął za łokcie, by móc oprzeć na barze swe silne przedramiona. Wyglądał na co najmniej 10 lat młodszego niż sugerował jego wiek profilowy. I jak niby miałabym się z tym równać? Co ja w ogóle myślałam?! Omalże się nie obróciłam i nie wybiegłam pędem z kawiarni. Jedyna rzecz, która mnie powstrzymała, to myśl o samotnym powrocie do pustego domu… na kolejną zimną, samotną noc… a potem o czekaniu na kolejną i kolejną… Uśmiechnęłam się więc, podeszłam do baru i się przywitałam.

 

Okazało się że to trafiona decyzja, gdyż Arek był tak samo czarujący w rzeczywistości, jak i online. Potrafił prowadzić inteligentną rozmowę i słuchał tego, co mówiłam. Nie wspomniał słowem o mej, ehm, kosmetyce cyfrowej. Wypiliśmy kawę, która następnie zamieniła się w kolację, ta zaś zamieniła się w cotygodniowe spotkania. Czułam się szczęśliwa jak nigdy, w moim życiu nie było tyle radości od czasu, gdy wyszłam ze swego męża! Gdy zaczęły zbliżać się Walentynki, zaczęłam się zastanawiać, jak to wszystko rozegrać. Czy nie za szybko, by pytać się Arka o plany na ten dzień? A co, jeśli zamierza go spędzić z kimś innym? Przynajmniej mąż nie stanowił problemu, bo poinformował mnie zawczasu, że dzień ten spędzi daleko w Turcji. Wszystkiego najlepszego dla mnie!

Niepotrzebnie się jednak martwiłam. Arek wyszeptał mi pewnego wieczoru do ucha rozwiązanie problemu – zaprosił mnie w Walentynki do siebie, mówiąc, że przygotuje specjalną niespodziankę. Przez myśl przebiegły mi różne sceny z „50 twarzy Greya”, jednak na takie atrakcje nie byłam gotowa. Jak się zapewne domyślacie, tej granicy jeszcze nie przekroczyliśmy. Przynajmniej na razie. To jedna rzecz flirtować przez Internet czy wypić razem kawę, a co innego się z kimś przespać. Niemniej gdy w Walentynki po raz pierwszy przekraczałam próg jego domu, nie ukrywam, że różne rzeczy chodziły mi po głowie… Z pewnością ten 14 lutego na długo zapadnie mi w pamięć.

Arek przygotował kolację dla dwojga, zaskoczył mnie też, otwierając drzwi z bukietem róż w ręku. Zaśmiał się lekko, zawstydzony nieco swoim staroświeckim podejściem do romantyzmu. Powiedziałam mu, że jeśli będą czekoladki, to może być tak bardzo staroświecki, jak tylko pragnie. Jeśli ktoś twierdzi, że miłości nie ma, to nigdy chyba nie próbował belgijskich czekoladek. Po kolacji oznajmił, że czas na moją specjalną niespodziankę. Zdawał się być nieco nerwowy. Wziął mnie za rękę i zaprowadził na tył domu, do przytulnego pomieszczenia z drewnianą podłogą i kominkiem. Wtedy też stało się jasne, czym Arek się naprawdę zajmuje. Gdy mówił, że maluje, nie przypuszczałam, że chodzi mu o obrazy! Okazało się, że jest artystą z prawdziwego zdarzenia i chce mnie namalować! Był nieco zawstydzony, gdy pytał się, czy zechcę mu pozować i powiedział, że zawsze mogę odmówić. Jednak ja odmawiać bynajmniej nie zamierzałam, a jego lekkie zdenerwowanie sprawiło, że czułam, iż mogę nieco przejąć inicjatywę i jemu również sprawić niespodziankę.

 

Wiele zmieniło się od naszego pierwszego spotkania, gdy ja czułam się niezręcznie, a on był pewny siebie i wydawało się, że mógłby mieć każdą. Teraz to ja mogłam mu coś zaoferować. Dać mu prezent. Siebie. Nie czułam się już niewystarczająco atrakcyjna. Arek sprawił, że na powrót poczułam się w pełni kobietą. Wydawało się to takie naturalne, że oboje znaleźliśmy się tutaj – po tygodniach spotykania się i flirtowania, wymianie opinii i poglądów na temat praktycznie wszystkiego. W zasadzie już wszystko na swój temat sobie wyjawiliśmy. Czułam się z nim bezpiecznie, dużo bardziej niż kiedykolwiek ze swoim mężem. Który był zresztą tysiące kilometrów stąd…

 

W tym przytulnym pokoju z tyłu domu, wydawało się, że jesteśmy z Arkiem jedynymi ludźmi na świecie. Nic nie miało znaczenia, nikt nam nie mógł przeszkodzić. Powoli zaczęłam zdejmować ubranie, by po chwili stanąć przed Arkiem zupełnie naga, nie mając nic do ukrycia, a wtedy on przeniósł mnie na płótno, i byłam piękna. Inne rzeczy przyszły później – wino, kominek, kąpiel we dwoje. Arek postarał się uczynić ten dzień tak wyjątkowym, jak to tylko możliwe, dwoił się więc i troił, by sprawić mi przyjemność. Dostałam nawet swoje czekoladki. Karmiliśmy się nimi w łóżku nawzajem, robiąc jeszcze większy bałagan niż po tym, co robiliśmy wcześniej.

 

Jednak gdy spojrzę wstecz na ten szczególny, walentynkowy dzień, to myślę głównie o obrazie. Pamiętam samotność i odosobnienie, które przywiodły mnie do Arka, a także pustą nadzieję, że coś się zmieni na lepsze. Pamiętam to, jak obchodził się ze mną Arek, to, jak sprawiał, że się czułam, całą jego atencję i pożądanie, których tak mi brakowało po latach bycia zaniedbywaną przez męża. Pamiętam jego silne, zręczne dłonie, które przesuwały się wolno po płótnie, pamiętam jego twarz, skupioną, ubrudzoną lekko farbą oraz jego oczy, oczy artysty, którymi wpatrywał się we mnie tak intensywnie, jak w prawdziwe dzieło sztuki, starając się oddać jego piękno za pomocą rąk i nie pominąć żadnego szczegółu. Pamiętam wiele samotnych Wigilii przepełnionych gorzkimi łzami, jednak nigdy nie zapomnę tych Walentynek i tego, jak wyjątkowo się czułam – choćby i tylko przez jeden dzień.

DP

Polecamy

Jak co roku, tak i w tym, w miesiącach poprzedzających święta Bożego Narodzenia, zaczęłam zbierać zdjęcia choinek. Ach, jak ja lubię te zaprojektowane i z pomysłem dopieszczone drzewka!

Rotterdam to stolica prowincji Holandia Południowa, położonej w zachodniej Holandii. To zdanie, brzmiące troszkę dziwnie, stanowi wprowadzenie do opisu miasta Erazma, na który natkniemy się w internecie.

Kokosowe mini babeczki z polewą z mlecznej czekolady. Wciągające, pyszne, posmakują nie tylko fanom kokosa. Pięknie będą się prezentować na wielkanocnym stole.

 

Sukces to spełnienie marzeń. Wszyscy tego pragniemy. Chcemy być kochani, zdrowi i robić to co sprawia nam przyjemność, równocześnie staramy się, aby to coś przynosiło nam zyski materialne. Nie zawsze się udaje, czasem w drodze na szczyt możemy się potknąć.

Skończyły się wakacje. Wielu uczniów zaczęło nowy etap w swoim życiu, bo pożegnało się ze szkołą podstawową i rozpoczęło szkołę średnią. Każdy z nich ma za sobą kilka miesięcy stresu, który spowodowany był odpowiedzialnością za wybór, jakiego dokonali.

 

 

Puszka stała się jednym z popularnych elementów krajobrazu i dzisiejszego społeczeństwa. Piwo także z czasem zwiększyło swoją popularność dzięki swojej obecności w tym opakowaniu.

 

Dziś mam ogromną przyjemność rozmawiać z Magdą Fąfarą, dyrektorką i założycielką Polskiej Szkoły w Amersfoort. Podziwiam osoby, w których głowach powstał pomysł, a one potem zrobiły wszystko, aby nabrał on realnych kształtów. Magda jest właśnie taką osobą.

W 2013 założyłam swoją firmę. Bez biznes planu. Powiem szczerze, bez jakiegokolwiek planu. W tym czasie miałam bardzo mętne pojęcie o tym, co chcę robić i dałam sobie czas na „eksplorację”.

Z każdej strony bombardują mnie wiadomości na temat tego, że dzieci i młodzież za dużo czasu spędza na sprzętach elektronicznych. Za dużo i za często na komórkach, tabletach, laptopach itp. itd. Pewnie coś w tym jest.

Sezon urlopowy zmierza ,ku końcowi. Podczas, cieszących się wielkim sukcesem, letnich wakacji nie wszystkim jednak udało się wyjechać na wypoczynek. Przyczyny tego były różne.

Reklama

Galeria

  • Dzień Dziecka 2012
  • Koncert Budki Suflera
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Agnieszka Steur
  • Miss Fitness
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Ani Mru Mru
  • Mini galeria 04
  • Bal Karnawałowy 2012