Dziś jest , imieniny obchodzą:

Hu hu ha – nasza zima zła!

– Nie potrzeba Bundeswehry, nam wystarczy minus cztery – rymowanka ta powstała najprawdopodobniej podczas tzw. „Zimy Stulecia”, czyli na przełomie lat 1978/79. Cała Polska, jak kraj długi i szeroki, została sparaliżowana rekordowymi opadami śniegu i trzaskającym mrozem.

 

– Oglądamy sceny przypominające pierwsze lata powojennej odbudowy. Tak jak wtedy z heroizmem, który budził podziw świata, usuwaliśmy zniszczenia, podnosiliśmy z ruin miasta i wsie, szkoły i zakłady przemysłowe, tak również teraz z podobnym samozaparciem walczymy z groźnym żywiołem zimy. Do wojennej poetyki nawiązywała również prasa. Dziś w cyklu wspomnień: blaski i cienie zimy w PRL-u.

Na samym początku trzeba odwołać się do „globalnego ocieplenia”, którym straszą nas współcześni klimatolodzy. Niestety, tu śmiechu nie ma: kiedyś zima to była zima, a nie jak często w ostatnich latach – popierdółka. Dzieci w szkołach miały gwarancję, że święta będą białe, że będzie sypał śnieg, że podczas ferii będzie można skorzystać z sanek, łyżew i nart, słowem: wszystko było jak trzeba. Nie inaczej drogowcy – doskonale wiedzieli, że zima to kłopoty, choć oczywiście już wtedy okazywało się, że „zima zaskoczyła”.

 

Na zapych!

Pamiętajmy, że po drogach PRL-u poruszały się zupełnie inne pojazdy niż dzisiaj. Zimą kłopot zaczynał się już przy drzwiach auta, bo przecież wynalazek centralnego zamka otwieranego pilocikiem dotarł do nas dziesięciolecia później. Płyn do spryskiwaczy po mroźnej nocy stanowił bryłę lodu, nie inaczej było zresztą z płynem w chłodnicy. W zajezdniach zamarzał olej w skrzyniach biegów autobusów, z czym radzono sobie w prosty, ale skuteczny sposób: rozpalano pod autobusem ognisko!

Komunikacyjne utrudnienia uderzały głównie w mieszkańców miast; to oni byli zdani na myśl technologiczną rodem z NRD czy ZSRR; akumulatory „nie trzymały”, alternatory „nie ładowały”, rozruszniki tym samym nie kręciły, auto zamieniało się w kupę złomu (oprócz trabantów – te zmieniały się w kupę złomu opakowanego w duroplast).

Zabiegi związane z uruchomieniem samochodu często wymuszały spontaniczną, społeczną samopomoc. Zawsze można było liczyć na kilku przechodniów, którym prośba o „zapchnięcie auta” nie wydawała się uwłaczająca; trzech pchało, kierowca wrzucał dwójkę, puszczał sprzęgło, silnik warczał, koła (brak opon zimowych) się ślizgały, w końcu łapały przyczepność, silnik zaskakiwał, samochód odjeżdżał, trąbiąc tryumfalnie i w podzięce, a zziajani samarytanie zasypiali wieczorem w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku i z silnym przeziębieniem.

 

Dwudziesty stopień zasilania

Wioski natomiast zachowywały pełną mobilność; po prostu ze stajni wyprowadzało się kopytniaka, zaprzęgało do sań i ruszało w drogę, gdzie komu potrzeba. Oczywiście rzecz dotyczyła krótkich dystansów, ale gdzie też zimą chłopom się spieszyło? W czasach, o których mowa, wieś wyglądała nieco inaczej niż dziś – większość gospodarzy uprawiała ziemię, traktory i ich konie mechaniczne, wbrew propagandzie, wcale nie wyparły koni czterokopytnych, o owies było łatwiej niż o benzynę, a na dodatek nie było kłopotu, że koń rankiem „nie odpali”.

W wiejskich domach zawsze był piec, a jeśli nawet nie było węgla, to przecież zawsze znalazła się kłoda z lasu, którą do paleniska można było włożyć. Ludzie w miastach skazani byli na łaskę i niełaskę (najczęściej niełaskę) miejscowej elektrociepłowni. I to nawet nie z winy samej „fabryki ciepła” – podczas wspomnianej zimy stulecia na wyjściach rur na warszawskim Żeraniu odnotowano temperatury przekraczające 110 stopni Celsjusza, ale mieszkania i tak pozostawały nieogrzane. Para szła w gwizdek, a mówiąc dokładniej, w nieszczelne rurociągi.

Ratowano się więc w miastach rozmaitymi „farelkami”, ale również to było sposobem niepewnym i niegwarantującym komfortu spędzenia nocy w ciepłym pomieszczeniu. Plagą wielkich miast były bowiem wyłączenia zasilania energią elektryczną – słowem – w domu robiło się ciemno i zimno, a rozpalanie ogniska „w stołowym” było jednak zbyt ryzykowne.

Para buch, koła w ruch!

Zima jednakże miała swoje plusy i na szczycie listy pozytywów można z pewnością wpisać „zimowiska”. O ile latem miejscem rekreacji było bałtyckie wybrzeże, o tyle zimą dziatwa szkół, studenci, urlopowicze i pensjonariusze ruszali na południe – w Tatry i Beskidy, rzadziej w Bieszczady. Jeśli jechali własnym transportem, liczyć się musieli z awarią auta, ale za to wolni byli od obaw, że zakopianka jest zakorkowana. Jeśli zaś wybierali się pociągiem..., to dłuższa historia.
W zasadzie zmieniło się niewiele. Opóźnienia pociągów w związku z opadami śniegu i mrozem są i dziś?! Są. Zamarznięty kibel bez wody bywa i dziś?! Bywa! Przedziały niedogrzane albo tropikalne spotykamy w roku 2014?!
Spotykamy! Różnicę stanowi jedynie to, że niegdyś nie było miejscówek i ludzie upychali się tuzinami w przedziałach wykorzystując nawet półki na bagaż, że podróżowano w kiblu czy wręcz w „harmonijce” między wagonami, że cały skład ciągnęła poczciwa, buchająca w niebo parą lokomotywa. Wysiadając w Zakopanem, podróżny miał wrażenie, że osiągnął jeśli nie księżyc, to z pewnością biegun północny...

Podobnie jak dzisiaj, tak i wtedy „zimowisko”, Krupówki i okoliczne stoki stanowiły miejsce, gdzie trzeba było pokazać się bardziej z „wypasionym” sprzętem, niźli z umiejętnościami. Kłopot jedynie taki, że opowiadamy o czasach, kiedy garderoba z polaru była nieznana, kiedy „oddychająca” bielizna czy kombinezon testowane były – co najwyżej – na kosmicznych stacjach Canaveral względnie Bajkonur, kiedy po stokach śmigało się w góralskich swetrach, czapkach z pomponem i na deskach z Polsportu.

 

A panna Krysia, panna Krysia...

Oczywiście, z biegiem lat 70-tych, spotykało się coraz więcej sprzętu importowanego z zachodniej Europy, niemniej jednak odzieżowo „zimowa stolica Polski” stanowiła za Gierka konglomerat przemytu, szydełkowania babci i okazji, którą trzeba było upolować (spod lady) w sklepie.

Nie sposób oczywiście pominąć uzdrowisk i zimowisk dla dorosłych, którym nie przystało gnieść się w wypchanych studenterią górskich schroniskach. O takim mniej więcej miejscu śpiewa Wojciech Młynarski w słynnym szlagierze: „Jesteśmy na wczasach”. Podobnie jak w nadmorskich kurortach latem, tak i zimą w górach funkcjonował ranking miejsc, w których człowiek z towarzystwa musiał się pokazać.

Wspomniany przez Młynarskiego pensjonat „Orzeł” jest figurą retoryczną; jako żywo jednak oddaje klimat dancingu, orkiestry męskiej, tatara z jajkiem i flaczków, wirujących par, wódeczki na odwagę, góralskiego wystroju, czyli boazerii, górskich szczytów majaczących za zaparowanymi szybami. No i panna Krysia, ta panna Krysia, która królowała na turnusach nie od dzisiaj... Nie będzie nadużyciem stwierdzenie, że choć wiele się w Polsce zmieniło, to przecież pannę Krysię spotkać można do dzisiaj nie tylko w pensjonacie „Orzeł”. Tyle, że zimy już nie te, kiedyś, panie, to były zimy, nie to co teraz!

Polecamy

Od dziecka uwielbiałam spędzać wakacje nad morzem. Nieodłącznymi elementami letniego wypoczynku są dla mnie plaża i ciepła woda.

Popularność Wrocławia na mapie Polski jest niezaprzeczalna. Ciekawe wydarzenia kulturalne i zabytki przyciągają turystów. Dla miłośników piwa - nowo powstające browary, duży wybór lokali i różnorodność gatunków piw stanowi o sile miasta.

 

 

Przyjechałeś właśnie do Holandii, kraju podatków. Aby nie być zaskoczonym ich ilością, dobrze wiedzieć, jakie opłaty będziesz musiał wnosić w gminie.

 

Holandia jest w stanie wojny z Państwem Islamskim! - oświadczył bez ogródek Mark Rutte, premier holenderskiego rządu. W momencie zamykania tego numeru naszej gazety słowa Rutte’go sprowadzały się jedynie do daleko posuniętej prewencji wewnątrz Królestwa Niderlandów.

Nowy rok to czas refleksji, nadziei i mocnych postanowień. Dla wielu osób pierwszy stycznia to moment, w którym postanawiają poprawić siebie i swoje życie: chcemy schudnąć, rzucić palenie, dostać lepiej płatną pracę czy założyć własny biznes.

12 września o godz. 18:00 odbył się w Ambasadzie RP w Hadze wieczór autorski Agnieszki Steur, młodej Pol-ki mieszkającej w Holandii od prawie 15 lat i odnoszącej sukcesy na niwie literackiej.

 

Praca zawsze wiąże się z pewnym wysiłkiem, zarówno umysłowym, jak i fizycznym. Z tego względu pracownicy nie mogą pracować zbyt długo bez przerwy.

Współcześnie sztuka tworzenia tatuaży wychodzi dalece poza obszar zarezerwowany i swego czasu kojarzony z ramionami kryminalistów. Profesjonalny tatuator to artysta, którego pędzel zastąpiła igła, a zamiast płótna swe ciało udostępnił model.

Nie chcecie państwo już dłużej pracować na swojego szefa i postanawiacie, że chcecie mieć własną firmę? Jeśli nie brakuje wam odwagi, wytrwałości, wiedzy specjalistycznej i ducha przedsiębiorczości, to jesteście w domu!

Wierszowisko poznałam już z każdej strony. W roku 2011 w domu powtarzałam z dziećmi wiersze. Gdy mój syn w stroju krakowiaka wkroczył na scenę, nie mogłam powstrzymać łez. Recytował wiersz w języku polskim. To było cudowne. Rok później zaczęłam pracować w Polskiej Szkole w Utrechcie i z moimi uczniami przygotowałam przedstawienie grupowe i powtarzałam wiersze ze wszystkimi uczestnikami Wierszowiska z tej szkoły. Nie zajęliśmy żadnego miejsca, ale zrozumiałam, jak wiele pracy kosztuje przygotowanie młodych ludzi do występu na scenie.

Reklama

Galeria

  • Dzień Dziecka 2012
  • Koncert Budki Suflera
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Dzień Dziecka w szkole 2010
  • Miss Fitness
  • Bal Karnawałowy 2011
  • Majówka Comblain La Tour 2010
  • Mini galeria 03
  • Agnieszka Steur
  • Bal Karnawałowy 2012
  • Mini galeria 04
  • Ani Mru Mru
  • Koncert Golec u-Orkiestra
  • Bal Karnawałowy 2012